Osobista Antologia najlepszych kawałków we Wszechświecie. Raczej rock i okolice, choć nie tylko.
RSS
czwartek, 18 marca 2010
Cymbeline (More, 1969)

Wracam - odnowiłem część linków, bo przez czas hibernacji zdezaktualizowała się i czasem dodam coś do tego repozytorium staroci. Po co? Chyba już wiem...

Dziś utwór bliski ostatniemu wpisowi, sprzed kilkunastu miesięcy. Cymbaline Floydów, to jeden z moich ulubionych numerów z bootlegów - na płycie również brzmi nieźle, ale dopiero na koncertah uzyskiwał odpowiednie brzmienie i klasę. Ale to, co zaproponuję nie jest nawet bliskie ideału. Jeśli ktoś myśli, że to antyideał to również się myli. To dokładnie coś przed czym zawszę skłonię się nisko - ludzie spotytkający się (jak rzadka to teraz sytuacja!) i spędzający razem czas na tworzeniu. Trzech przyjaciół na strychu grających bez kompleksów Cymbaline to jeden z tych klipów na youtube, który odtwarzam przynajmniej raz w miesiącu.

A Cymbaline, wracając do zadanego na wstępienie pytania, i inne kawałki w tym blogu niech stanowią jakiś mały muzyczny testament dla mojego syna. Być może on kiedyś też wystąpi w "talent show".

Indżoj!

wtorek, 25 listopada 2008
Wot's... Uh The Deal(Obscured by Clouds, 1972)

Dziś numer, z najbardziej niedocenionej płyty Pink Floyd, który wylądował tutaj przez brak. Otóż Gilmour grał ten numer na koncercie w Gdańsku (tak właśinie dostałem piękny prezent) i był to dla mnie moment świetny - bo zabrzmiał  jako pierwszy lub drugi po Echoes (a Echoes to przecież Ten kawałek - ostateczny, kompletny). Ale gdy w powietrzu śmiga zbyt dużo patosu potrzeba czegoś co ochłodzi atmosferę i będzie... po prostu będzie. A jeśli jeszcze dodamy do tego chwytliwą melodię i fajne solo to otrzymujemy Fat Old Sun lub Wot's... Uh The Deal.

Obscured by Clouds to płyta niedoceniona - może dlatego, że mniej zawsze ceni się krążki z muzyką do filmów, a może po prostu dlatego, że ma wielką następczynię, Matkę Wszystkich Płyt.Nieważne - płyta jest warta uwagi, ja bardzo lubię Obscured... za jej lekkość, za najbardziej beatlesowski numer w historii Floydów, o któym innym razem. Za to, że siedząc w listopadowy wieczór w domu i słuchając tej muzyki mam gdzieś syf na zewnątrz.

sobota, 25 października 2008
Chłopcy i dziewczyny (Menda, 1995)
Znów moje ulubione lata 90-te. Myślę od jakiegoś czasu nad poważnym projektem dotyczącym lat dziewięćdzisiątych. Może całkiem niedługo objawię go szerszej publiczności i Czytelnikom "High Fidelity" (a jest ich od niedawa sporo, bo zawitałem na Wykopie). Wracajac jednak do dzisiejszej piosenki z antologii. Całkiem przez przypadek przypomniałem sobie Aptekę. Czy ktoś jeszcze pamięta Aptekę? Bardzo fajne granie - bardzo fajne teksty - bardzo z poprzedniej dekady.
Oczywiście nie było tak, że siedziałem sobie w moim mega-wygodnym fotelu ,a w głowie otworzyło mi się okienko apteczne ;-) Przypomniałem sobie dzięki temu, ze ktoś komuś w jakimś radio zadedykował utwór Menda . Nieważne. Ważne, że były (są?) takie grupy i takie fajne pasaże.
Miałem wybrać do dzisiejszej prezentacji inny utwór, ale chyba jednak tekst "Poloneza Caro kupi ten kto jest naprawdę głupi" jest 100% bardziej kultowy niż "i konduktor idzie środkiem nap... k... młotkiem".  iakie więc jest uzusadnienie dzisiejszego wyboru. W dobie reform w służbie zdrowia dobra Apteka przyda się każdemu. Idżoj!
wtorek, 21 października 2008
Moje Bieszczady (Akustycznie, 2008)
O KSU już było, ale jadąc w sobotę samochodem usłyszałem w studenckim radio fragment "Moich Bieszczad" - bardzo fajny numer w bardzo miłej (bo jak to inaczej określić) aranżacji. Wszedł mi w głowę i właśnie przypomniałem sobie o nim.
Dawno nie pisałem tutaj nic - bo jak zwykle jest 100 ważniejszych spraw, mimo że trochę muzycznie się wydarzyło - może na dniach przypomnę sobie znowu o tym miejscu i zamieszczę jakiś kawałek o Kulcie, bo w końcu koncert za mną. 
A przede mną Queen - faktycznie dwóch członków Queen z jednym członkiem Free, ale i tak może być miło posłuchać solówek Maya.
Wracając jednak do dzisiejszej piosenki i broniąc jednak wyboru to przecież jest jesień - w końcu taka jak być powinna - i wiadomo: w schronisku kubek parzy w dłonie... Indżoj!

 
poniedziałek, 15 września 2008
Wearing the inside out (The Division Bell, 1994) In loving memory of Richard Wright

Są takie wiadomości, których wolałbym nie słyszeć. To jedna z nich. Był członkiem najlepszego zespołu we Wszechświecie. Stworzył z nim wielkie, ponadczasowe dzieła. Wyśpiewał kilkanaście pięknych piosenek, nagrał wybitne solowe płyty.

Dziś odszedł od nas Richard Wright. Nie myślałem wiele nad piosenką jaką tu umieścić. Piękny numer, cudownie zaśpiewany - tak jak potrafił to Wright. Właśnie za ten sposób śpiewania go uwielbiałem, Tak śpiewał swoje partie w Time, tak śpiewał na swoich solowych płytach. Miekko, cudownie. I tak też grał.  Kiedy pierwszy raz usłyszałem The Division Bell ten numer był dla mnie absolutnie najlepszy - i chyba tak jest do dziś

Cieszę się, że miałem przywilej zobaczyć Ricka na żywo. Posłuchać Wearing the inside out i Time z jego wokalem. Posłuchać jak gra Shine On You Crazy Diamond, Astronomy Domine, Us and Them...

Wiele osób w komentarzach umieszczanych w necie pisze, że Rick gra już z Sydem The Great Gig In The Sky. I want to believe...

sobota, 13 września 2008
Ezoteryczny Poznań (Złodzieje zapalniczek, 1997)

Wrzesień jest miesiącem z Pidżamą Porno - biegam tylko z ich muzyką "na uszach" i jest to całkiem fajne i ciekawe. Na zespół "załapałem" się bardzo późno - zacząłem ich słuchać po koncercie w Lublinie, kiedy na jednej z imprez studenckich grali przed Kultem i wypadli dużo lepiej niż "teatr Balszoj" (cytat z Grabaża).

Nie mam wątpliwości, że ich najlepsze płyty to Złodzieje zapalniczek i Marchef w butonierce i to właśnie na tych albumach trzeba szukać utworów do zamieszczenia na hifi.blox.Na początku chciałem pomieścić tu numer Twoja generacja, ale kiedy przypomniałem sobie jak naładowany jest metaforami i jak "ciężki" literacko jest tekst Ezoterycznego Poznania nie mogłem się oprzeć zmianie (pomogo mi oczywiście skasowanie prawie gotowej notki przez przypadek). W każdym razie Poznań - coś jest w tym mieście takiego, że każdy kto tam mieszka, mieszkał lub chce mieszkać uważa je za jedyne, wyjątkowe, swoisty crem de'la creme.

Smutne, że na głównej stronie Pidżamy trzeba przejść przez taki wpis - byłem na ich pożegnalnym lubelskim koncercie i uważam za jeden z lepszych, na których miałem okazję być. Mam nadzieję, że nie powiedzieli ostatniego słowa, a teraz czas na Ezoteryczny Poznań. Indżoj!
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Isaac Hayes aka "Chef"

"Nic już do powiedzenia, nic do opłakania" jak pisał w poemacie Kaddysz Allen Ginsberg. Trzeba posłuchać piosenek. Ginsberg słuchał "ślepego wrzasku bluesa Ray Charlesa", a my posłuchamy Chefa, który od nas odszedł.



poniedziałek, 14 lipca 2008
Octopus (1970, The Madcap Laughs)

Jakiś czas temu sięgnąłem już po utwór Syda Barretta. Wtedy zaproponowałem cover - a teraz czas na coś oryginalnego. Całkiem niedawno minęło dwa lata od śmierci tego artysty. Chociaż od artystycznej śmierci minęło znacznie więcej czasu

Jest coś intrygującego w solowych dokonaniach Syda - są niedopracowane, pełne potknięć, niektóre zbyt proste - a jednak wiele z tych utworów wciąż się broni. Octopus, którego dziś posłuchamy to jedyny solowy singiel Barretta z jego pierwszego albumu - wyprodukowanego z wielką pomocą kolegów z Pink Floyd. Singiel wyszedł 2 miesiące przed ukazaniem się albumu (na stronie B singiel zawierał także całkiem przyjemne nagranie Golden Hair - tekst Jamesa Joyce'a). Warto czasem posłuchać Syda - Indżoj!

niedziela, 13 lipca 2008
Po drugiej stronie drzwi (1989, Pod prąd)

Dziś będzie smutna punkowa piosenka. Piosenka jednego z nielicznych zespołów z mojej młodości, który się nie sprzedał. Dowodzą tego choćby amatorskie nagrania z ich koncertów (np. Live in Krasnostawski Dom Kultury). Na KSU natrafiłem po raz pierwszy w szkole podstawowej - jeszcze przed  czasem Pink Floyd. Do dziś mogę słuchać ich bez żenady.

Mam przyjaciela, który przyjeżdżać na ich koncerty aż z Miasta Którego Nie Ma. Bo lubi wpaść czasami do Cisnej czy innych Ustrzyk na dobry pankowy szoł. I ja go świetnie rozumiem.

Wracając do naszej dzisiejszej prezentacj .... ;-) Smutne piosenki są albo banalne, albo nudne - pełne "kolorów blue" i innych takich. Jednak melachncholia w stylu punk jest inna -  rzekłbym wysmakowana - ale przede wszystkim realna. W popie facet, kiedy śpiewa smutną piosenkę to siedzi przed fortepianem i udaje, zaś nasz bohater po prostu bierze gitarę i śpiewa. Śpiewa o alkoholu, o tym, że w zasadzie mógłby tylko pić, i że nie ma w tym momencie innych pomysłów na spędzanie czasu. Nie pieprzy od rzeczy, raczej nie wspomina pięknych chwil. Wie, że jest nieciekawie i nic nie wskazuje na to, że coś się zmienić. W końcu No Future for you / No Future for me. I to do czegoś zobowiązuje. Według mnie różnicę widać i słychać na pierwszy rzut oka. Indżoj!

 

niedziela, 06 lipca 2008
Murder by Numbers (Broadway the Hardway, 1988)

Zastanawiałem się chwilę jaki album podać w tytule, jako odsyłacz - czy ma być to album The Police czy raczej koncert Zappy. Wybrałem - po przesłuchaniu obu wersji wersję, w której Mr Sting śpiewa gościnnie - dlaczego? pewnie dlatego, że jak większość dokonań Policjantów oryginał jest lekko banalny i nudnawy. Zappa zmienił niewiele - tak niewiele, że śpiewa to nawet ten sam wokalista, a jednak czuć, że numer nabiera całkiem nowej barwy.

Czytałem, że gdby nie ataki fundamentalistycznych chrześcijan na Stinga za napisanie tekstu o seryjnych mordercach Zappa nie zainteresowałby się w ogóle Murder by Numbers. Dzięki błednemu podaniu autora piosenki przez Jimmy'ego Swaggarta (jak usłyszycie stwierdził, że autorem tekstu jest niejaki Lucyfer) dostaliśmy całkiem zgrabny cover wykonany w asyście autora, co potwierdza tezę, że fundamentaliści religijni przydają się czasami do czegoś. Indżoj!

 

 
1 , 2 , 3